Popularne miejsca

Facebook przed śniadaniem, standard. Wiadomo, dziś kto nie ma facebooka – nie istnieje. Kilka szybkich klików, przegląd porannych aktywności znajomych. Katarzyna D. jest w miejscu Bałtyk, a Ewelina G. zameldowała się w „łóżko”. Wirtualne media donoszą, że allegro znowu zdrożało. Kac chumor [sic!] wrzuca zabawne memy. Lubię to! Bartosz P. ogłasza wszem i wobec, że dzisiejszej nocy się nie wyspał, a Resident Advisor rozdaje bilety na festiwal. Udostępniam! Zaraz udostępnia jeszcze kilkoro moich znajomych. Wiedza bezużyteczna informuje mnie, że misie koala często umierają ze stresu. Parę klików, trochę przewijania, a ile możliwości i informacji. Jeszcze tylko szybko sprawdzam subskrypcje na You Tube. Przeglądnę najważniejsze informacje z digg.com. Weszłabym na myspace, ale każdy szanujący się internauta wie, że myspace umarł. Google+? Chyba nawet mam tam konto, ale przecież nikt z tego nie korzysta… Za to jest instagram. Mogę prześledzić życie znajomych klatka po klatce. 15 minut z rana przed komputerem i mogę wyjść na zewnątrz z całym tabunem informacji, anegdot i plotek. Tak właśnie działają social media. Wsysają zawartość całego internetu, podają w wersji skondensowanej i przefiltrowanej. Czy to przez naszych znajomych, czy przez lubiane przez nas profile. W ten sposób sami tworzymy bazę
danych, która nas interesuje i odcinamy się od całej, niepotrzebnej nam reszty. Sami w pewien sposób godzimy się być przy okazji częścią machiny marketingowej, a co więcej wcale nam to nie przeszkadza, bo przecież sami wybieramy „lajkowane” strony. W końcu swoje konto na facebooku traktujemy jak przyjaciela, który chce nas poinformować o ważnych dla nas sprawach, a nie jak natarczywego akwizytora, wywalającego na dywan kilo ziemi, celem zareklamowania „cudownego odkurzacza”.